fbpx
real life

Wolność podróżowania, czy podróżowanie… wolno?

Pociągi stały się dla mnie ostatnio niezastąpionym środkiem lokomocji – są szybsze i wygodniejsze niż autobus, oraz tańsze niż samochód. Prawdziwa wolność podróżowania. Przynajmniej tak sądziłam, decydując się na skorzystanie z oferty Polskich Kolei Państwowych kilka dni temu.

Zaczęło się niewinnie. Godzina 6.30 rano. Warszawski Dworzec Wschodni. Wysiadam z autobusu zatrzymującego się tuż obok i… co widzę? Hala dworca rozebrana, maszyny pracują… Gdzie ja mam iść? Gdzie kupię bilet (nie, o tej godzinie zdecydowanie trudno pomyśleć, że można to zrobić przez internet ;))? O! Tam idzie „tłum”, to idę za nimi. Znalazłam! W nędznych, metalowych przyczepo-barakach widnieje napis KASA, a tuż obok INFORMACJA. Hurra! Bilet już mam.

Zostało kilkanaście minut do odjazdu. Po wprowadzonych na dworcu zmianach z trudem odnalazłam swój peron. Czekam. Wokół mnie pojawia się coraz więcej zaspanych ludzi. Moją uwagę przykuła starsza kobieta – chyba z wnuczkiem. Ubrana w jasnobeżowy płaszcz i dopasowany kapelusz. Sprawiała wrażenie kochanej babci, takiej, jakie znamy z filmów o pierwszej wojnie światowej. Nie tylko ja zwróciłam na nią uwagę. Grupka młodych biznesmenów również bacznie się jej przyglądała. Kobieta chyba zorientowała się, że budzi zainteresowanie, dlatego oddaliła się w głąb peronu i straciłam ją z oczu.

Wolność podróżowania – wolność wyboru

Godzina 7.01. „Pociąg TLK z Białegostoku do stacji Wrocław Główny wjeżdża na tor 12 przy peronie 1. Planowany odjazd pociągu godzina 7.03”. O! To mój! Pociąg przywitały tłumy ludzi.  To znaczy tłumy, jak na ta porę. Wsiadłam do pierwszego wagonu. Wszyscy poszli raczej do tych dalszych, dlatego wybrałam przód. Szukając wolnego miejsca w przedziale zobaczyłam młodą dziewczynę i przysypiającego mężczyznę w średnim wieku. Świetnie! – pomyślałam. “Czy mogę się dosiąść?” – spytałam. -”Oczywiście” – odpowiedziała dziewczyna. Zajęłam miejsce przy oknie, tyłem do kierunku jazdy (na przeciwko było zajęte przez śpiącego mężczyznę).

Pędzi pociąg po szynach… do wolności?

Pociąg ruszył. Pan z na przeciwka po chwili się obudził, szybko ubrał i wyszedł w kierunku drzwi. Gdzie “do widzenia”? Nie było. Po chwili dziewczyna również się zerwała i prawie zrzucając sobie na głowę walizkę, wybiegła z przedziału. Tym razem było “dziękuję”. Szybko przesiadłam się na wcześniej wspomniane miejsce przy oknie przodem do kierunku jazdy. I czekam… Stacja Warszawa Centralna. Zrobił się już całkiem poważnie duży ruch. Za oknem biegało mnóstwo ludzi szukając swojego pociągu. Ale zaraz…. Ten dworzec wygląda jakoś… inaczej? Tak! Przecież był remont! Jakiś odnowiony, czystszy jest… Elektroniczne tablice wyświetlające przyjazdy i odjazdy pociągów, nowoczesne ławeczki, wymienione schody ruchome… Już prawie doganiamy Europę!

Ale… zaraz zaraz… Ktoś właśnie zajrzał do mojego przedziału i korzystając z dużej ilości wolnej miejsc woła kolegów. Weszło trzech mężczyzn – jeden ewidentnie starszy od pozostałych, siwe włosy, okulary, teczuszka… Cała trójka wyglądała na szanowanych biznesmenów. Z rozmowy wywnioskowałam, że jadą na jakieś spotkanie biznesowe.

Opóźnienie może ulec zmianie

Kolejną stacją – już ostatnią Warszawie – była oczywiście Zachodnia. Cała podekscytowana czekam na szybki odjazd, chcę pędzić do Wrocławia – w końcu mam umówione ważne spotkanie – a tu komunikat: „Opóźnienie pociągu wynosi 40 min. Opóźnienie może ulec zmianie”. Ale…? JAK TO? Dlaczego stoimy na stacji? Skąd to opóźnienie? PKP postanowiło nie informować pasażerów. Na szczęście rozdrażniony starszy Pan biznesmen szybkim krokiem wybiegł z przedziału szukać konduktora. Niestety jak się okazało – na marne. Cały problem polegał na tym, że nasz pociąg po prostu nie miał konduktora. Ani maszynisty. Nasza „załoga” pojechała z powrotem do Białegostoku, my natomiast mieliśmy czekać na tą, co przyjedzie z Jeleniej Góry. A jej nie widać. Pozostało pogodzić się z losem i czekać.

Podczas przymusowego postoju przysłuchiwałam się uważnie rozmowom trzech panów. Mówili nieco zawiłym językiem, nie do końca rozumiałam o co się sprzeczają. Najmłodszy mężczyzna zaczął prowadzić długie monologi na temat rozpiętości skrzydeł elektrowni wiatrowych, pozostali dwaj natomiast próbowali bezskutecznie wtrącić mu się w zdanie. „Już wiem! Oni są naukowcami!” – pomyślałam. I nie pomyliłam się. Okazało się, że to wykładowcy Politechniki Warszawskiej jadący do Częstochowy na cykl wykładów. Na temat bliżej mi nie zrozumiały.

Pociąg ruszył dopiero do…. 80 minutach! „Prawie półtorej godziny opóźnienia, no ładnie” – pomyślałam. Nie wiedząc kiedy – usnęłam. Z emocji, zmęczenia, bezradności… Sama nie wiem z czego bardziej. Obudziłam się po ok półtorej godziny. W przedziale była jeszcze jedna kobieta. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to właśnie ona mnie obudziła. Wysoka, szczupła blondyna rodem ze „Słonecznego Patrolu”. Nawet garsonkę miała czerwoną, podobnie jak Pamela kostium. Wchodząc nie przerywała sobie rozmowy telefonicznej z kolegą, któremu tłumaczyła jak ważne jest, aby kupił jej w Brukseli TE KONKRETNE klocki LEGO. BO tych jeszcze jej syn nie posiada. Za chwile oczywiście dodała, że dziecka wcale nie rozpieszcza, tylko bardzo go kocha, ale to było już mniej wiarygodne.

Kultura w każdym calu

Blondyna jechała ok 30 min. Poznałam przez ten czas większość jej życiorysu oraz upodobań. W pewnym monecie wyjęłam nawet książkę, aby miała szanse zorientować się, że jej głośne rozmowy mogą przeszkadzać innym, ona jednak na mój argument pozostała niewzruszona. Stacja. Ufff. Wysiadła. Pomachałam jej z uśmiechem na pożegnanie, ona jednak tylko się odwróciła i udała, że nie widzi. Pełna kultura.

W Częstochowie wysiadło trzech panów z Politechniki i wreszcie miałam swój upragniony spokój. Wzięłam telefon do ręki i zaczęłam się żalić przyjaciółce, jakie przygody mnie spotkały. Zasłoniłam zasłonki do przedziału, dlatego nikt nie miał nawet odwagi zajrzeć czy są wolne miejsca. Do czasu… Pewien około 30 letni pan zapukał i uprzejmym głosem zapytał czy może się dosiąść. Oczywiście, pomyślałam i to też mu odpowiedziałam. „W końcu „jakiś miły człowiek” – miałam nadzieję. Nawet zagadał – dokąd jadę, skąd… Prze kilka pierwszych minut rozmowa była miła. ALE… No właśnie. W pewnym momencie nie wiedzieć czemu mężczyzna poczuł pragnienie rozmowy o polityce. Nie to, żebym się tym nie interesowała, ale mam zasadę – polityka w pracy, a prywatnie o niej nie dyskutuję. Ale pan się nie przejął moją niechęcią do rozmowy na ten temat i kontynuował. Smoleńsk, PIS, Tusk… „Nie. Tego już nie zniosę” – pomyślałam. „Przepraszam, muszę do toalety” – i wyszłam.

Podróż przy otwartych drzwiach

Przemieściłam się w stronę jak zawsze budzącego niesamowite emocje WC. Jakże moje zdziwienie było ogromne, kiedy okazało się, że jedziemy przy otwartych drzwiach. Prawdziwa wolność podróżowania! – pomyślałam.

– Proszę zamknąć te drzwi! – rzuciła w moim kierunku kobieta tkwiąca na korytarzu wagonu.

– Wie pani, ja się trochę boję tak wychylać – odparłam, patrząc z lekkim przerażeniem na otwartą i mknącą przed moimi oczami przestrzeń. Na szczęście z toalety wyszedł wysoki mężczyzna, który wychylił się i dokonał bohaterskiego czynu.

-Zamknęliście te drzwi? – rozległ się nagle uradowany głos pani konduktorki – to dobrze, bo szukałam, które drzwi są otwarte.

Komedii omyłek ciąg dalszy…

Pracowniczka PKP od razu została otoczona przez podróżnych chcących kupić bilet.

– Ale proszę mi podać odliczone kwoty. Ja w ogóle nie mam wydać. Mam tylko 150 złotych. Inaczej biletów nie będzie – oświadczyła kobieta. Dzięki pasażerskiej pomocy jakoś udało się pomóc rozmienić pieniądze tym, którzy mieli tylko banknoty o wysokich nominałach. Również młoda dziewczyna obok mnie przeglądała nerwowo portfel. Wyglądała na zmęczoną rozważała z podróżującym z nią mężczyzną dopłacenie do biletu pierwszej klasy.

– „Przepraszam, ile to by kosztowało?” – spytała konduktorkę, która zmierzyła ją wzrokiem i stwierdziła stanowczo:

– „Moja droga, co najmniej połowę wartości biletu normalnego!”

– „Czy mogłaby mi pani powiedzieć dokładnie? Jeśli mam przy sobie tyle gotówki, zdecyduję się na tę dopłatę”.

Tu moim oczom ukazała się gruba książeczka, dzięki której po prześledzeniu palcem kilku złożonych z kolumn tras konduktorka rzuciła kwotę blisko trzydziestu złotych. Pasażerka tyle miała.

– „Ale to nie teraz, bo to dużo pisania. Proszę trochę poczekać, ja tu wrócę. Proszę sobie siąść w ubikacji i się wysikać” – oświadczyła kobieta i, zostawiwszy dziewczynę w stanie lekkiego osłupienia, zniknęła w tłumie pasażerów. Więcej jej nie spotkałam. Kiedy wróciłam do przedziału mężczyzny już nie było. Na szczęście. Zamknęłam oczy i odpłynęłam mając nadzieję, że już nikogo więcej w tej podróży nie spotkam. Do Wrocławia dojechałam ze 100 minutowym opóźnieniem. O spotkaniu mogłam zapomnieć, ale co tam – przynajmniej zwiedziłam miasto!

Podróż bez problemów – to chyba zbyt proste

Podróż pociągiem to zawsze wielka niewiadoma. Mam duże wątpliwości, czy to właśnie wolność podróżowania. Przy dobrych wiatrach jedyną niedogodnością są dłużące się godziny. Bywa jednak tak, że przychodzi chwila refleksji nad smutnymi realiami. Mimo, iż lubię podróżować koleją, trudno jest traktować mi sytuacje podobne do mojej jako coś normalnego. Zamiast przygody z dreszczykiem chciałoby się po prostu wsiąść, na kilka godzin zatonąć w lekturze i dojechać na miejsce. Tymczasem lepiej chyba jest oczekiwać niewiadomego. Niektóre zdarzenia mogą diametralnie zmienić nasze podejście do życia. W pewnym momencie brak miejsc siedzących w pociągu to zbyt mało, by nas zaskoczyć i zdenerwować. Zupełnie niespodziewanie może się okazać, że jedne z drzwi rozpędzonego pociągu są otwarte, a pani konduktor zaproponuje nam wypróżnienie się w toalecie. Wieczorem, leżąc już w  łóżku przyszła mi do głowy pewna z scena z filmu. Idealnie ilustruje mój nastrój i przeżycia z podróży pociągiem:

Pasażerka: Czy byłby pan tak uprzejmy i pomógł mi zdjąć bagaże?

Adam: Nie!

Pasażerka: Słucham!?

Adam: Po prostu nie! Mi kto pomaga!?

Pasażerka: Jest pan mężczyzną chyba?

Adam: Ale ja jestem za pełnym równouprawnieniem kobiet. Gorącym zwolennikiem jestem! A pani jest przecież w pełni równouprawnioną kobietą.

Pasażerka: Pan to za to nie jest chyba w pełni mężczyzną!

Adam: Widzicie w nas mężczyzn w pełni, przypominacie sobie tylko wtedy, gdy trzeba wynieść śmieci, kontakt naprawić, zwolnić miejsce w tramwaju, autobusie. Nie jestem już w pełni mężczyzną, bo nie ma takiej potrzeby! Pani jest w pełni mężczyzną za to!

„Dzień świra”, reż. Marek Koterski, 2002

Chyba nic więcej dodawać nie trzeba…